Prostytucja w Polsce

Kompedium wiedzy o prostytutkach

Znany biznesmen oskarżony o gwałt na prostytutce

Jarosław O. z Prudnika, były wiceminister łączności, uważa, że to atak na niego i jego żonę, znaną opolską posłankę. Sprawę zgłosił policji.

Dziewczyna nosi pseudonim Laura. Jest szczupła, najdrobniejsza z czwórki młodych prostytutek, wynajmujących jedno mieszkanie. Laura mówi, że ma 18 lat i na tyle wygląda. 
 
- Zadzwonił do mnie klient. Umówił się. Przyjechał na godzinę - opowiada pojedynczymi zdaniami - Już w trakcie zaproponował mi "anala”. Powiedziałam, że tego nie preferuję. Koleżanka tak, ale z dopłatą. Nie chciał iść do niej. No i co było dalej? Przycisnął mnie…
 
Roztrzęsiona dziewczyna przerywa i pospiesznie wychodzi z pokoju. Jej koleżanka, Anna jest bardziej rozmowna. Mówi tak: - Zadzwonił na anons dziewczyny, na numer telefonu podany na portalu erotycznym. Ja go nie widziałam, ale wiem dokładnie jak było. Przycisnął Laurę do łóżka, zatkał jej buzię. My słyszymy wszystko, co się dzieje w pokoju. Idąc "na pokój” pilnujemy się wzajemnie. A tam w środku była po prostu cisza. Ja nawet nie słyszałam, kiedy ten klient wychodził. Dopiero po jakimś czasie usłyszałam jeden wielki płacz Laury. Spytałam, co się stało. Na początku nie chciała nic mówić, potem powiedziała, że została zgwałcona analnie. 
 
Nowy dom przy drodze wojewódzkiej z Prudnika do Krapkowic. Ze spuszczonymi w oknach roletami wygląda na opuszczony. W środku cztery dziewczyny oglądają telewizję i krzątają się po nowocześnie urządzonym mieszkaniu. Anna bez zażenowania opowiada o seksbiznesie w "mieszkaniówkach”, czyli wynajętych lokalach. Przecież prostytucja w Polsce nie jest karalna - przypomina. 
 
 
- Każda dziewczyna w anonsie erotycznym podaje preferencje, zaznacza, co zapewnia w czasie godzinnego spotkania. Zdarza się, że klient chce czegoś więcej, np. kąpiel we dwójkę. Wtedy dziewczyna ma prawo pobrać większą opłatę. Ale jak ona nie ma w preferencjach seksu analnego, klient powinien iść do innej. 
 
Pytam, jak ustaliły personalia tamtego klienta. Anna wyjaśnia: - On dzwonił ze swojego służbowego telefonu. Wystarczyło wpisać ten numer w Google i wyskoczyło, co to za firma. 
 
Dwie godziny później w redakcyjnym komputerze wstukuję w wyszukiwarkę telefon podany przez Annę. Jako pierwsza otwiera się firmowa strona przedsiębiorstwa spod Prudnika. Obok adresu widnieje numer kontaktowy komórki. Kilka pozycji dalej w Googlach jest wypis z Krajowego Rejestru Sądowego tej spółki i nazwisko prezesa. 
 
- Znalazłyśmy go. To Jarosław O. - prostytutka Anna opowiada o wynikach dochodzenia, które - jak mówi - przeprowadziły same dziewczyny. - Jego zdjęcie też wyskoczyło nam w internecie i Laura od razu poznała. Rozpoznała go jeszcze jedna z nas, która też widziała go tego dnia w naszym mieszkaniu. 
 
Wtedy postanowiły zadzwonić.
 
- Nigdy tam nie byłem. To próba wciągnięcia mnie i mojej żony w jakieś ohydne przestępstwo - tłumaczy tymczasem Jarosław O. - Za radą żony niezwłocznie, chyba jeszcze tego samego dnia, kiedy były telefony i SMS-y, albo najpóźniej następnego, zgłosiłem sprawę na policję. 
 
Ta przekazała ją prokuraturze w Prudniku. Stąd trafiła do Strzelec Opolskich, bo to w tej gminie erotyczne usługi oferuje Laura i jej koleżanki. 
 
Jarosław O. to na Opolszczyźnie znana postać, choć on sam powtarza, że jest tylko osobą prywatną. Swego czasu zajmował wysokie stanowisko w administracji państwowej. Teraz prowadzi kilka firm, także z publicznym kapitałem. 
 
Jarosław O. tłumaczy, że z jego firmowego telefonu korzystają także inne osoby. Odmawia jednak odpowiedzi na pytanie: kto bez jego wiedzy 10 stycznia przed południem z jego służbowej komórki dzwonił do agencji towarzyskiej. 
 
- On się z nami kontaktował z dwóch telefonów - prostytutka Anna triumfalnie pokazuje na ekran swojego aparatu. Pod hasłem "gwałt 2” zakodowała jeszcze jeden numer. To firmowa komórka z drugiej spółki, w której Jarosław O. jest wiceprezesem. 
 
- Chciałyśmy, żeby ten klient wyjaśnił sprawę z dziewczyną, bo ona strasznie to przeżywała i chciała z tym pójść na policję. Wtedy on zaczął proponować pieniądze, żeby Laura siedziała cicho - tłumaczy Anna. 
 
Jak opowiadają prostytutki, najpierw zadzwoniły do "klienta”. Rozmawiała z nim Laura. Potem doszło do wymiany kilku SMS-ów, które dziewczyny zachowały w swoim telefonie kontaktowym. 
 
- On pisał do nas: "Od kiedy to w burdelu są szantażyści?” A później: "Czy dwie stówy za wizytę to nie wystarczy?” "Sama się wypięła”. W kolejnym: "To jak z tą kasą. Dwie stówy nie wystarczy? Chcę konkretnej informacji, za co i ile. Do kogo jest adresowana propozycja?” Odpisałam mu wtedy: "Do ciebie Jarosławie O.” - opowiada Anna z "mieszkaniówki”.
 
Jarosław O. nie zaprzecza, że ktoś się kontaktował po południu 10 stycznia na jego służbową komórkę. Jak twierdzi, korespondencję z jego telefonu początkowo prowadził ktoś inny. Kiedy w SMS-ach pojawiło się jednak jego imię i nazwisko, włączył się do działania. Tłumaczy, że wiadomości tekstowe pisane były specjalnie w ten sposób, żeby zdobyć dowody na próbę szantażu, którego on ma być ofiarą.
 
- To ewidentnie szantaż. Próba wykorzystania osoby, nazwiska dla zdobycia pieniędzy. 
Tymczasem takiego zdarzenia nie było! - przekonuje prudnicki przedsiębiorca. - Nie dam się w to wrobić. Tę sprawę trzeba było przeciąć od razu, dlatego o wszystkim została zawiadomiona policja. Nawet nie wiem, co do tego czasu ustaliły organa śledcze. Skoro jednak w sprawę zaangażowana została gazeta, to znaczy, że tym osobom zależy na dalszym rozwoju wydarzeń.
 
Według prostytutki Anny było tak: - Ten klient rozmawiał telefonicznie z Laurą. Nie starał się jej przeprosić. Stwierdził tylko, że dając następne 200 zł - wszystko powinno być rozwiązane. A ona mu powiedziała, że ma w d… jego finanse. Potem do niego był wysłany SMS, że pójdziemy do gazety, sprawę nagłośnimy, że tego tak nie zostawimy. 
 
Jak wynika z relacji dziewczyn 10 stycznia po południu obie strony ograniczyły się do wymiany wiadomości. Żadnych pieniędzy nigdy nikomu nie przekazano. 
 
Jeszcze tego samego wieczoru (to był piątek) prostytutki zadzwoniły natomiast do redakcji "Tygodnika Prudnickiego”, szukając kontaktu z dziennikarzem. Po weekendzie reporter "TP” oddzwonił do nich. Opowiedziały o gwałcie, o swoim prywatnym śledztwie i podały nazwisko klienta, który miał się tego dopuścić. Kilka dni temu w "Tygodniku Prudnickim” ukazał się krótki artykuł o zarzutach prostytutek pod adresem znanego biznesmena. 
 
Prokuratura i policja wszczęły śledztwo w sprawie szantażu. Za taki czyn grozi do 3 lat więzienia. Formalnie zgłaszającym przestępstwo jest osoba z rodziny Jarosława O.
 
Dziewczyny z agencji towarzyskiej nie boją się oskarżeń o szantaż pod swoim adresem.
 
- Mamy SMS-y wysyłane z jego numeru telefonu - przypomina Anna. - Jestem pewna, że tego nie wygra. Nie boimy się też, że to nam zaszkodzi, bo ujawniamy jednego ze swoich klientów. Niedługo zmieniamy miejscówkę, więc to nie jest problem. Jesteśmy tu półtora miesiąca i na dniach się przenosimy.
 
źródło: nto . pl