Prostytucja w Polsce

Kompedium wiedzy o prostytutkach

Historia prostytucji w Lublinie

Tak bardzo kłuły w oczy bogobojnych obywateli przedwojennego Lublina, że nawet księża przyznawali, że niepotrzebnie zakazano istnienia legalnych domów publicznych
 
Przeganiano je z eleganckich ulic w centrum miasta. Prostytutki przedwojennego Lublina były wulgarne, chamsko zaczepiały przechodniów, a do tego zdarzało się, że biły się między sobą o klientów, czy pieniądze. Jak można było tolerować ich obecność? Tylko że policyjne obławy niewiele pomagały. "Córy Koryntu" ciągle wracały. A Stare Miasto było ich królestwem.
 
 
Przy ulicy Jezuickiej działało w czasach międzywojennych żeńskie gimnazjum. Na nieszczęście pedagogów była to też ulica nielegalnych domów publicznych, którego "pracownice" nic sobie nie robiły z sąsiedztwa szkoły. Uczennice po latach wspominały, że codziennie widziały panie lekkich obyczajów przychodzące do "pracy" z klientami.
 
Lubelska prasa ubolewała, że Jezuicka zamieniła się w ulicę zgorszenia - o zgrozo - tak blisko katedry i przytułku dla dziewcząt. Jeden z większych domów publicznych działał wtedy przy ul. Jezuickiej 14. Należał do małżeństwa Anczela i Tauby Bergierów.
 
Policja miała ogromne utrapienie z tym miejscem uciech. Oficjalnie Bergierowie wynajmowali lokal od niejakiego Szyji Glikcha na sklep. W rzeczywistości działające vis-a-vis internat i gimnazjum dla dziewcząt sąsiadowało z burdelem, gdzie przez całą dobę prostytutki obsługiwały pijaną i wulgarną klientelę.
 
Policjanci robili naloty na burdel Bergierów bardzo często, z mizernym skutkiem. W czasie jednej z kontroli policjanci zastali przy Jezuickiej 14 prostytutkę Ruchlę Karp z Zalmanem Efraimem Dawidsonem i Mankiewiczem Rubinsztajnem oraz prostytutki Rywkę Mielnik (zam. Krawiecka 31) i Slotę Lipszyc (zam. Rybnk 13).
 
Innym razem policję wezwał Anczel Bergier, informując, że został napadnięty przez czterech osobników, którzy żądali 1000 złotych. Policjanci uznali, że napastnicy: Jan Chrzanowski, Stefan Szczepański, Bolesław Gębka, Stanisław Olszewski i Jan Wójcik byli pijani i w nocy wtargnęli na Jezuicką 14, by skorzystać z usług prostytutek w Internecie.
 
Krystyna Modrzewska w swoich wspomnieniach o przedwojennym Lublinie wydanych pod tytułem "Trzy razy Lublin" tak opisała lubelskie panie lekkich obyczajów: "W Rynku, wokół Trybunału i u wylotów staromiejskich uliczek, w żółtym świetle latarń snuły się prostytutki. Jaskrawe i niedbałe, niektóre odrażająco brzydkie i stare. Przeciwieństwo tego wszystkiego, co wyobrażałam sobie o kobietach - kwiatach, subtelnych gejszach, kapłankach miłości. Ale te tutaj nie handlowały przecież miłością, tylko własnym mięsem najgorszego gatunku. Czułam do nich żal, irracjonalną pretensję, nie z racji uprawianego procederu - najstarszego zawodu świata - lecz z powodu ich szpetoty i wulgarności. Zaczepiały przechodzących mężczyzn, rzucały za nimi ordynarnymi słowami zachęty albo wyzwiskami. Brama Krakowska prowadziła do innego Lublina. Może niewiele lepiej oświetlonego, może tylko dyskretnie kryjącego swoje prostytutki, ale innego".
 
Burdel Bergierów na Jezuickiej 14 cieszył się złą sławą, ale prostytutki "pracowały" równie intensywnie w innych okolicach Starego Miasta. Na Olejnej 6 rozgościły się Chowa Erlich i Rywka Giertman. One odnajmowały tam suterenę przyjezdnym "damom". Za to w l. 1928-29 policja otrzymała 46 donosów na panie Erlich i Giertman.
 
Porządni obywatele omijali też szerokim łukiem ulicę Rybną. „Wieść głosiła, że miały tam meliny prostytutki, które prowadziły na nie swoich » gości «werbowanych przy Bramie Krakowskiej” - pisała Róża Fiszman-Sznajdman w swoich wspomnieniach „Mój Lublin”.
 

To źle, że domy publiczne są nielegalne

 
W II Rzeczypospolitej prostytucja mogła być legalna, ale pod kilkoma warunkami. Po pierwsze tym zajęciem mogła parać się kobieta, która ukończyła 21 lat, a po drugie musiała być zarejestrowana jako prostytutka w urzędzie wojewódzkim.
 
Wreszcie po trzecie musiała mieć tzw. czarną książeczkę wydawaną przez urzędników wojewody, gdzie wpisywano wyniki okresowych, bardzo częstych, badań medycznych.
 
Ile było takich legalnych "cór Koryntu"? Nie wiemy dokładnie. Zachowały się tylko dane z lat 1924-25 i 1936-37. W 1924 roku zarejestrowanych w Lublinie było 118 prostytutek, w tym 88 "chrześcijanek", 3 "prawosławne", 27 "żydówek". Z danych zebranych rok później wynika, że liczba legalnych kobiet lekkich obyczajów była mniejsza o jedną. A w latach 1936-37 w rejestrze prostytutek w Lublinie było 112 kobiet.
 
Ale w rzeczywistości prostytucję w przedwojennym okresie uprawiało dużo więcej osób. Większość pań wolała unikać kontaktu z wszelakimi urzędami, na czele z policją, więc działały nielegalnie, bez rejestru i bez badań medycznych.
 
Na mocy decyzji Sejmu z 1922 roku w Polsce zdelegalizowano istniejące wcześniej w ramach prawa domy publiczne. Niektórzy dość szybko stwierdzili, że taka decyzja nie ograniczyła prostytucji, wprost przeciwnie. Zresztą było to widać na ulicach Lublina, gdzie prostytutki zaczęły nagabywać przechodniów i namawiać na seks za pieniądze w wynajmowanych mieszkaniach, pokojach, suterenach.
 
W październiku 1922 roku, miesiąc po delegalizacji lupanarów prokurator lubelski odpisywał na pytanie jednego z posłów: "W Lublinie oraz innych miastach powiatowych okręgu sądu lubelskiego nie ma specjalnych domów publicznych, lecz dozwolone jest rejestrowanym prostytutkom uprawiać swój proceder w swych mieszkaniach, co moim zdaniem wpływa demoralizująco na młodzież szkolną, którą prostytutki zaczepiają na ulicach, dając w ten sposób impuls do rozpusty. Należałoby więc zezwolić na otwieranie domu publicznej w specjalnie do tego celu przeznaczonej, oddalonej od centrum miasta, dzielnicy, natomiast zabronić poszczególnym prostytutkom uprawiania prostytucji w mieszkaniach".
 
W 1925 r. na posiedzeniu Komisji Sanitarno-Obyczajowej w Lublinie z udziałem księży, lekarzy, przedstawicieli szkolnictwa, administracji i opieki społecznej uznano, że... likwidacja domów publicznych była błędem.
 
 
Prostytutki grasowały nie tylko na Starym Mieście. Bardzo intensywnie pracowały w dzielnicach robotniczych: Bronowice, Kośminek, wokół cukrowni. Szczególnie wiele było ich na Zamojskiej, a zgorszeni dziennikarze donosili o zuchwałych "damulkach", które bez skrępowania zaczepiają przechodniów w poszukiwaniu klientów. Oczywiście nic nie robiąc sobie z tego, że w pobliżu działa seminarium duchowne.
 
W 1923 roku wszedł w życie zakaz uprawiania prostytucji w śródmieściu Lublina. Mimo to nie było dnia, by na Krakowskim Przedmieściu nie spotkać prostytutki. Policja je wyłapywała, ale ciągle wracały.
 
W latach trzydziestych uznały zaś, że znakomitym miejscem pracy jest ulica Szopena, bo tędy mieszkańcy i przyjezdni często zmierzali na dworzec kolejowy. W jednym z numerów z roku 1933 „Głos Lubelski” donosił o tej ulicy: „od pewnego czasu wzięta została we władanie przez wesołe » córy Koryntu «, które w asystencji swoich licznych satelitów od wczesnego zmroku do późnej nocy krążą, odbywając swe głośne i bardzo niecenzuralne rozmowy, zakłócając okolicznym mieszkańcom spoczynek nocny”.
 
Wiele z nich przyjmowało klientów w mieszkaniach, najczęściej wynajmowanych. Policja odnotowywała, że wiele takich miejsc było na ulicach: Czechowskiej, 1 Maja, Wesołej, Siennej, Bychawskiej, Grodzkiej, Krawieckiej.
 
Policja odnotowała przypadek prostytutki Rajzy Blumensztajn, która wynajmowała mieszkanie Moszka Józefa Sztajnmachera przy 1 Maja 32. Była to suterena domu. Sztajnmacher mieszkał tam z żoną, dwójką dzieci i teściową Moszką. Gdy Blumensztajn zjawiała się z klientem, dorośli wychodzili z domu, a dzieci zostawały w mieszkaniu, na drugim łóżku przykryte kocem.
 
Lubelskie prostytutki najczęściej tak naprawdę były bezdomne, nocowały u przygodnych klientów, na melinach, albo po prostu na ulicy.
 
Półświatek i margines społeczny. To była rzeczywistość, w jakiej funkcjonowały lubelskie prostytutki czasów międzywojennych.
 
Bardzo często były brutalnie bite przez sutenerów, czy to przez klientów. Niezwykle rzadko zgłaszały się na policję. W 1929 r. Władysława Obszalska (zam. przy ulicy Dolnej Panny Marii) zameldowała, że od lat niejaki Stanisław Kukuryk wymusza od niej pieniądze na prostytucję. Zdecydowała się zgłosić to policji, bo Kukuryk bił ją do nieprzytomności i okradał. W 1938 roku Aniela Oliwa przyszła na policję ze skargą na Stefana Głębockiego, który od dłuższego czasu zmuszał ją do seksu, a także do dzielenia się z nim pieniędzmi z prostytucji.
 
Były i tragedie. W 1937 roku prostytutka Ludwika Gąsiorowska została pobita na śmierć w swoim mieszkaniu przy ul. Nadstawnej przez mężczyznę, z którym uprawiała seks.
 
Szczęście w nieszczęściu miały te, które były "tylko" okradane, a to zdarzało się bardzo często. W 1929 r. Maria Mazur zgłosiła policji, że gdy przy ul. Miłej miała stosunek z trzema mężczyznami, skradziono jej 7 złotych gotówką.
 
Wiele z nich było notorycznymi złodziejkami. Do kradzieży zresztą zmuszała je bieda. Chyba nie było takiej, która nie znalazła się w policyjnych aktach z powodu jakiegoś przestępstwa. Czasami były wspólniczkami w całych szajkach złodziejskich i brały klientów na cel. Jeden z nich, Mieczysław Powiadomski z Lublina pewnego dnia wybrał się z Sewerynem Słabczyńskim do piwiarni Motka Wajnberga na ul. Grodzkiej 5 w towarzystwie trzech prostytutek. Wieczór był zapewne miły, alkohol lał się strumieniami, ale któraś z pań, a może wszystkie trzy wspólnie okradły Powiadomskiego z zegarka i 160 złotych.
 
Ubóstwo, zerowe perspektywy na przyszłość, opłakany stan zdrowia, często zapewne samotność prowadziły wiele z lubelskich prostytutek do depresji i w konsekwencji samobójstwa. Najczęściej próbowały wypijać esencję octową, a potem czekać na śmierć. Jeśli udawało się je uratować, trafiały na kurację do szpitala szarytek.
 
W środowisku, w jakim obracały się prostytutki, alkohol był wszechobecny. Alkoholizm był więc, obok chorób wenerycznych, schorzeniem zawodowym. Zdarzało się, że na ulicach Lublina znajdowano prostytutki, które zapiły się na śmierć. Niektóre otumanione alkoholem ginęły w wypadkach.
 
Aktualnie prostytutki nie stoją w Lublinie, zamieszczają ogłoszenia towarzyskie w Internecie.
 
Choroby weneryczne były plagą. Mimo że ryzyko zarażenia się było ogromne, to niemal wszystkie prostytutki nie przestrzegały podstawowych zasad higieny. Kiła lub rzeżączka (nazywana wiewiórem) była nagminna. Jeśli już trafiały na leczenie, to kierowano je do Wojewódzkiego Międzykomunalnego Szpitala św. Józefa przy ul. Radziwiłłowskiej, gdzie trafiali pacjenci z problemami skórno-wenerycznymi.
 
Tyle że prostytutki nie były normalnymi pacjentami. Choć kuracja odbywała się na koszt lubelskiego ratusza, to wcale nie podobał im się fakt, iż trafiały do szpitala. Nie różnił się dla nich niczym od więzienia, nie mogły zarabiać. Doprowadzano je więc do szpitala siłą. W 1933 roku w szpitalu przy ul. Radziwiłłowskiej wybuchł nawet bunt leczonych tam 47 prostytutek, które biły personel, domagając się natychmiastowego wypuszczenia na wolność.
 
Co lubelska prostytutka mogła zrobić po zakończeniu "kariery"? Były dla niej dwie drogi: pozostać w "interesie", założyć swój burdel i opiekować się młodymi dziewczynami wchodzącymi do "zawodu". Drugą drogą był powrót do normalnego życia, czyli wyjście za mąż i znalezienie sobie pracy. Ale to zdarzało się bardzo rzadko.